Historia rodziny Witt

Szukaliście już swoich przodków? Nawet jeśli nie, ciekawy jestem, która gałąź byłaby dla Was pierwszym wyborem, po mieczu (od strony ojca) czy po kądzieli (od strony matki). Może tak samo jak ja ulegli byście magnetyzmowi swego nazwiska rodowego aby najwięcej sił i determinacji poświęcić właśnie przodkom z tej gałęzi 🙂

Badam historię Wittów od kilku lat, aktualnie utknąłem okrutnie na 4x pradziadku, w roku jego urodzenia, tj. ok. 1776. Całkiem niezły wynik ale pozostaje duży niedosyt, nie udało się na razie odkryć skąd przybyli, a jestem prawie pewny, że spoza ziem polskich, do odkrycia pozostaje jedynie kwestia w którym pokoleniu. Utwierdza mnie w tym przekonaniu sporo informacji na temat miejscowości, w której osiadł mój praszczur Witt oraz badania DNA, pokazujące na mapie Europy regiony pochodzenia krewnych, legitymujących się zbliżonym materiałem genetycznym. W dopasowaniach DNA jest sporo nazwisk germańskich, w tym Witt z rodowodem z Niderlandów.

Powyżej mapa przybliżonego pochodzenia etnicznego z portalu MyHeritage. Na następnej mapie wynik analizy pochodzenia z portalu Ancestry, na podstawie tych samych badań DNA.

Jak widać, niezależnie od algorytmów analizujących materiał genetyczny, w obu przypadkach teren Niemiec oraz Niderlandów jest potwierdzony. Europa wschodnia, tereny Litwy, Rosji to w 100% korzenie rodziny mojej mamy. Zagadką pozostają tereny południowej Europy, części Bałkanów (Rumunia, Bułgaria), jak na razie żadne tropy poszukiwań nie zaprowadziły mnie jeszcze w te rejony.

Ale zacznijmy od początku moich poszukiwań.

kiś czas temu, od znajomej holenderki (Désirée, thanks!), dowiedziałem się o znaczeniu mojego nazwiska, Witt, to po prostu Biały [nid. Wit, niem. witt – blondyn, ang. White], banalnie 😉

Ciekawe skąd się wzięło, od jakiegoś młynarza z Niderlandów, Fryzji czy raczej blondyna lub rudzielca z Bawarii o karnacji chińskiej porcelany 😉

Ciekawość zaprowadziła mnie do pamiątek rodzinnych babci Barbary z domu Kotlińskiej, żony Tadeusza Witt. O rodzinie babci pisałem poprzednio, gdy szukałem karczmarzy w Dusznikach Wielkopolskich. Jeśli ktoś nie czytał to zachęcam:

Czas na dziadka i rodzinę Witt

unnamed (2)

Dziadek Tadeusz, powstaniec warszawski w szeregach AK, pseudonim Zemsta, na czas konspiracji, okupacji, ale również jakiś czas po wojnie, ukrywający się pod nazwiskiem Wirski, następnie posługujący się nazwiskiem Witt-Wirski. Tuż po wojennej zawierusze, w 1949 r. uzyskał tytuł magistra praw na Uniwesytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Z powodu “niewłaściwej” przynależności bojowej, nękany przez władze ludowe, piastował co prawda różne kierownicze stanowiska, dorabiał jako radca prawny ale kariery prawniczej na miarę wykształcenia niestety nie zrobił. Tułał się po spółdzielniach pracowniczych aż do emerytury w 1982 r. Nie doczekał wolnej Polski, zmarł w 1983 r. w Gdańsku. Jego wybór miejsca do życia stał się także “moim wyborem” (czy też wybór mej babci, która chcąc pomóc mężowi w problemach z pracą w powojennym Toruniu, wywiozła rodzinę nad morze. Innym powodem przeprowadzki do Trójmiasta mogła być jej chęć bycia bliżej najstarszego syna, mojego ojca, który poczuł zew morza lub wolności i wbrew rodzicom w latach 60-tych rozpoczął naukę w Szkole Morskiej w Gdyni żeby pływać na statkach handlowych). Gdańsk dzięki morzu to dla wielu osób miasto wolności. Coś w tym jest 😉

Dziadek Tadeusz urodzony w 1919 r. w Grodzisku Wielkopolskim, edukację przed wojną zakończył maturą w 1938 r. w elitarnym prywatnym liceum im. Sułkowskich w Rydzynie. Jego rodzice po przeprowadzce z Tarnowskich Gór mieszkali już wtedy w Toruniu. Tuż przed wybuchem  II wojny światowej, w lipcu 1939 r., ukończył prawie roczny dywizyjny kurs podchorążych rezerwy przy 17 dywizji piechoty w Gnieźnie. W stopniu plutonowego podchorążego rezerwy został przydzielony do 68 pułku piechoty we Wrześni. Wojna zastała go na umocnieniach polowych pod Wrześnią jako dowódcę kompanii. Po klęsce pierwszych dni kampanii wrześniowej i rozwiązaniu jego batalionu ok. 6-7 września, na rozkaz dowództwa, na własną rękę przebijał się w grupach rozbitych wojsk do Warszawy z nadzieją kontynuowania walki. Ranny w nogę podczas nalotu bombowego dotarł do stolicy, gdzie po kilku dniach, w podziemiach Hotelu Europejskiego, dowiedział się o kapitulacji Warszawy. 30 września wyszedł ze swoim oddziałem w kolumnie marszowej w kierunku przejściowego obozu jenieckiego pod Grodziskiem k. Warszawy. Po kilku dniach pobytu w obozie został załadowany do wagonu i wywieziony w kierunku zachodnim. Korzystając z postoju pociągu pod Toruniem uciekł z transportu, zanim został on zaplombowany. 5 października trafił do rodzinnego domu w Toruniu. Jak się potem okazało, gdyby nie ta ucieczka, trafiłby do Stalagu w głębi III Rzeszy, kto wie jak potoczyłyby się jego losy, może podobnie jak jego ojca, wtedy nie byłoby mnie na świecie ….

Jak wynika ze świadectwa dojrzałości Tadeusz orłem w nauce nie był, orła nosił jednak w sercu. Gdy musiał odłożyć karabin i mundur po przegranej kampanii wrześniowej, zdecydował się zejść do podziemia. W listopadzie 1939 r. wrócił w tym celu do okupowanej Warszawy. Wg przekazu rodzinnego, o patriotyczny, konspiracyjny szlif w biografii zatroszczył się starszy kuzyn jego narzeczonej Barbary Kotlińskiej, Wacław Tomalak (ur. 1893 r.) z żoną Ireną z Kowalskich (ur. 1895 r.), on Powstaniec Wielkopolski, ona żołnierz Legionów, później w strukturach Komendy Głównej AK, poetka (oboje mają swoje wpisy w Wikipedii). Podobno to Irena wciągnęła Tadeusza do konspiracji.

W kwietniu 1941 r. ożenił się w Warszawie z moją babcią, która po rozpoczęciu wojny wraz z rodzicami przeniosła się do stolicy z rodzinnego Torunia (podobno zostali wysiedleni). W przedwojennym Toruniu zapewne się poznali.

Podczas Powstania Warszawskiego w stopniu podporucznika, jako dowódca kompanii przeszedł szlak bojowy przez Ochotę do lasów sękocińskich. Swój udział w Powstaniu zakończył na starciu z Niemcami pod folwarkiem k. Komorowa. W Komorowie dołączył do żony i synka, którzy ukrywali się po ucieczce z Warszawy. W lutym 1945 r. wrócił z rodziną do Torunia i został tam prawie 20 lat.

Dziadek podobno o wojnie i swoich przodkach nie chciał opowiadać, ciężkie czasy, trudne wspomnienia. Jego żonie udało się jednak ocalić od zapomnienia nieco dokumentów, pamiątek, zdjęć oraz zapisków na temat jego rodziny, pochodzenia i życiorysu.

Znana część historii rodziny Witt osadzona jest w zasadzie w Wielkopolsce, przynajmniej aż do 4x mojego pradziadka. W “zasadzie”, bo miejscowości, w których mieszkali, dziś znajdują się w większości w województwie kujawsko-pomorskim, niedaleko Janowca Wielkopolskiego, co, jak widać, już wprowadza mały zamęt.

unnamed (1)

Ojciec Tadeusza, Maksymilian, urodził się w 1887 r. w Łopiennie, niedużej wiosce, położonej administracyjnie w Wielkopolsce, choć tuż przy granicy regionów, przebiegającej przez jezioro Łopienno. Z pasji i zawodu był bankowcem i kupcem. Ale w myślach nazywam go pradziadkiem biznesmenem, jakichże to biznesów on nie robił. Już jako siedemnastolatek (w 1904 r.) pracował ze swoim starszym bratem Ignacym jako mleczarek czyli pomocnik mleczarski (Molkereigehilfe). Była to zapewne praca wakacyjna, ponieważ, jak wiadomo z jego życiorysu, uczęszczał do szkoły średniej w Poznaniu w latach 1902-1906. O pracy w mleczarni wiem ze spisu mieszkańców Czeszewa z lat 1895-1927, gdzie mieszkał Ignacy i urodziła się mu najstarsza córka Karolina.

Swoją “dorosłą” pracę Maksymilian zaczął od razu w bankowości, najpierw w Poznaniu, następnie w Kościanie. Tam poznał Kazimierę Ginter/Günther, z którą wzięli ślub w 1914 r. Podczas I wojny światowej został wcielony do armii pruskiej (1916-18), podobno udało mu się uniknąć wysłania na front. Pod koniec wojny zaangażował się w Powstanie Wielkopolskie, jednak nie wiadomo dokładnie co w nim robił, nie widnieje na liście powstańców, możliwe, że wykorzystując swoją wiedzę i znajomości zajmował się zaopatrzeniem. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę wrócił do bankowości, pracował w kilku oddziałach Banku Ludowego. W 1922 r. przeniósł się z rodziną na Śląsk, do Tarnowskich Gór, gdzie został prezesem banku a prawdopodobnie pod koniec lat 20-tych założył firmę “Witt i S-ka” i prowadził pod jej szyldem trzy “kinoteatry świetlne”. Posiadał także dom towarowy i kamienicę czynszową, był prezesem Samodzielnego Stowarzyszenia Kupców Polskich, v-ce prezesem Zrzeszenia Właścicieli Kin na Śląsku w Katowicach. II wojna światowa zastała go z rodziną w Toruniu, gdzie przeniósł w 1937 r. swoje interesy przez szalejący na świecie od 1928 r. kryzys.

Znany był również z wyjątkowej pasji tworzenia polskich szkół i uprzykrzania życia Niemcom na terenach włączanych do Polski po odzyskaniu niepodległości, choć w tym trudnym czasie budowy II Rzeczpospolitej zarabiał też na projekcjach filmów dla ludności niemieckojęzycznej, to oni a nie Polacy mieli wtedy pieniądze, a polskich filmów prawie nie było, polska kinematografia dopiero wtedy powstawała. Młodzieży zaś prezentował postępowe kino amerykańskie co doprowadziło do konfliktu z proboszczem lokalnej parafii o rzekome sprowadzanie młodzieży na złą drogę, tym bardziej, że podobno nie miał nic przeciwko przesiadywaniu jej na seansach w czasie zajęć lekcyjnych(!). Przez swój ekscentryczny sposób prowadzenia kin był także w nieustającym konflikcie z lokalnym magistratem, w którym sam przez pewien czas piastował stanowisko radnego.

Aby pomagać polskim przedsiębiorcom współtworzył regionalny Oddział Banku Ludowego w Tarnowskich Górach oraz kierował Bankiem Kredytowym tamże. W czasie wojny celnej z Niemcami w 1925 r. zaangażował się w organizowanie dostaw zboża na Górny Śląsk z terenów Kresów oraz poznańskiego, prowadził np. skład mąki.

Niewątpliwie był barwną, kontrowersyjną i powszechnie znaną postacią gdziekolwiek się pojawił. Jego żona Kazimiera dotrzymywała mu dzielnie kroku, w swoim czasie śmietanka towarzyska Tarnowskich Gór żyła jej konfliktem z żoną wachmistrza 3 Pułku Ułanów. Panie poróżniły się z powodu jakichś plotek w efekcie czego moja charakterna prababcia, lubiąca pomagać mężowi w kasie biletowej kina Apollo, nie wpuściła na seans szanownego małżeństwa wachmistrzostwa.

Tę i wiele innych historii poznałem z publikacji archiwalnych numerów kwartalnika Montes Tarnovicensis dostępnych w swoim czasie online.

Sąsiadom spod znaku hakenkreuza tak mocno chyba Maksymilian zalazł za skórę, że został aresztowany już we wrześniu 1939 r., kilka dni po wejściu Niemców do Torunia, prawdopodobnie znalazł się na liście proskrypcyjnej (Sonderfahndungsbuch Polen) jako osoba do eksterminacji. Wywieziony do obozu  Sachsenhausen w Oranienburgu (numer obozowy 22192), zginął w „wypadku” 17.06.1940 r. o czym okupant raczył powiadomić oficjalnie żonę.

Na Maksymilianie kończyły się rodzinne pamiątki po dziadku. Wszystko, co udało się w tamtym momencie odnaleźć, to trochę notatek, dokumentów, zdjęć zebranych przez babcię Barbarę, która zainspirowana została do poszukiwań genealogicznych zapewne przez kuzynów, budujących drzewo rodzinnych koligacji Góreckich, Frąckowiaków i Kotlińskich z okolic Ostrzeszowa, gdzie Barbara się urodziła. Mam skan tego drzewa, zostało przygotowane na kartkach formatu zbliżonego do A4, składających się w sumie na arkusz 75x152cm! Przedstawia stan na 18.09.1977 r. i zawiera materiały zbierane od 1935 r. przez kuzynów babci, Witolda Frąckowiaka oraz Henryka Góreckiego. To miłe uczucie być częścią tej historii, tym bardziej, że jestem na nim uwieczniony! 🙂

Z zapisków babci udało się wygrzebać jeszcze informację o organiście Janie z Łopienna, ojcu Maksymiliana.

Czas przejść do poszukiwań aktów metrykalnych

Najpierw na portalu BaSIA (Baza Systemu Indeksacji Archiwalnej), poprzez indeksy aktów urodzenia udało się odnaleźć kilkoro dzieci Jana oraz poznać imię i panieńskie nazwisko żony Jana – Marianna Schulz.

Tak znalazłem akt urodzenia pradziadka Maksymiliana Witt. Korzystając z linka po prawej stronie dotarłem na stronie SZWA Archiwów Państwowych (https://www.szukajwarchiwach.gov.pl) do skanu jego cywilnego aktu urodzenia.

Łopienno, 10 sierpnia, 1887 r. Dalej nie jest już tak łatwo ale można odczytać informację, która potwierdziła, że 2x pradziadek Jan był organistą – Organist Johann Witt.

Przeszukiwanie BaSIA i SZWA dość szybko przyniosły informację o wszystkich dzieciach Jana i Marianny: Anna (ur. 1872 w Janowcu Wielkopolskim), Ignacy (ur. 1874 w Dębowie), Leonard (ur. 1877 w Łopiennie), Marta (ur. 1879 w Łopiennie), Franciszek (ur. 1882 w Łopiennie), Stanisława (ur. 1885 w Łopiennie) oraz najmłodszy pradziadek Maksymilian (ur. 1887). W wielu aktach urodzenia w parafii Łopienno dziadek Jan był wielokrotnie chrzestnym. Nie tylko własnych dzieci, dziesiątek bodaj, dzieci sąsiadów, w końcu drugi po plebanie na wsi, a trzeci po sołtysie/wójcie, kto by nie chciał takiego “krzesnego”.

Maksymilian był dla mnie najmłodszy przez długi czas. Dopiero kilka tygodni temu, przeszukując e-kartotekę czyli Kartotekę ewidencji ludności Poznania z lat 1870-1931, zawierającą zbiór kart meldunkowych, przypadkowo natknąłem się na kartę z dość czytelnym wpisem: Theresia Witt, ur. 10.09.1890 ur. Janowitz, Żnin, córka Johanna i Marii! Znam wszystkich Wittów z Janowca więc nie mogło być pomyłki. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że o Teresie nie wiedziała nawet moja babcia Barbara, mimo że, jak widać, Teresa mieszkając w Poznaniu miała ok. 16 lat, czyli nie zmarła w dzieciństwie, co było najczęstszym powodem braku wiedzy u potomnych o wszystkich dzieciach. Na razie nie udało mi się jeszcze rozszyfrować kolumny pt. Stand czyli zawód/zajęcie, ciekawe czym się zajmowała w Poznaniu w tak młodym wieku. Szukam też dostępnych ksiąg metrykalnych z końca XIX w. żeby odnaleźć akt urodzenia/chrztu Teresy.

Gdy opadł pierwszy entuzjazm szybkich odkryć, zaczęło się mozolnie kopanie głębiej, kiedy i gdzie urodzili się seniorzy, Jan i Maria, kim byli, gdzie żyli ich rodzice.

Na SZWA udało się znaleźć seelenliste, tzw. „księgi dusz” czyli księgi meldunkowe Łopienna łącznie dla lat 1879-1928. To poza aktami metrykalnymi jedno z najlepszych źródeł wiedzy o przodkach. Podobnymi dokumentami (choć nie tak szczegółowymi) są spisy parafian, gdzie pod numerami domów spisywani byli wszyscy członkowie parafii z datami urodzenia (pełnymi lub rocznymi, niestety bez potwierdzenia dokumentami, prawdopodobnie tylko na podstawie oświadczenia spisywanej osoby, członka rodziny, zazwyczaj męża i ojca, a z tym u panów, jak wiadomo, nie bywa najlepiej 😉 ). Przewagą dokumentów cywilnych była ich precyzja i zakres, podawały dodatkowo czasowe lub stałe przeprowadzki mieszkańców (także nawet dłuższe wyjazdy z domu rodzinnego do kogoś w odwiedziny), czasem nawet z dokładnym adresem, np. wyjazd dzieci do szkół (zapewne z internatem), rodziców do pracy itd.

Księgi meldunkowe Łopienna okazały się istną kopalnią wiedzy o mojej rodzinie Witt. Załączam najciekawszy dokument, jest na nim informacja, która doprowadziła mnie do bardzo zaskakującego odkrycia dotyczącego mojego pradziadka Maksymiliana. Jeśli by było mało o jego przebogatej osobowości 😉

unnamed (3)

Informacja ta to dwa zapiski przy siostrze Maksymiliana, Marcie, że w latach 1904 i 1910 wyjeżdżała do Regensburga (Ratyzbona). Cóż mogła robić młoda dziewczyna (ur. 1879) tak daleko od domu, kiedy najwidoczniej nie miała jeszcze męża i mieszkała w domu rodzinnym (podobno nigdy nie wyszła za mąż)? Przyszły mi do głowy trzy opcje: gościna u rodziny w Niemczech (rodzinne Łopienno było wtedy, co prawda, pod zaborem pruskim, jednak to nie to samo co rdzennie niemieckie miasto w Bawarii), wyjazd do pracy lub wyjazd na naukę na jakąś uczelnię, choć z racji wieku edukację już raczej miała za sobą, jeśli w ogóle skończyła jakieś szkoły, emancypacja młodych dam oraz postępowość mieszczan, a co dopiero mieszkańców wsi, wszak dopiero wtedy raczkowały.

Żadnych konkretnych informacji o rodzinie w Niemczech nie miałem i nie mam do dziś, zacząłem więc szukać szkół znajdujących się w Ratyzbonie. Kluczową informacją był tu fakt dotyczący ojca mojego pradziadka Maksa, że był organistą kościelnym. Otóż w Ratyzbonie znajduje się do dziś Szkoła Muzyki Kościelnej, założona w 1874 r.

Kiedy znalazłem tę uczelnię, od razu przyszła mi do głowy myśl, że może Marta została wysłana przez ojca na nauki gry na organach. Był to dość karkołomny pomysł, biorąc pod uwagę specyfikę tamtych czasów. Jakże by to musiał być nowoczesny (jak na tamte czasy) i kochający ojciec aby córkę a nie syna wysłać na zapewne kosztowną edukację. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy uda się znaleźć jakieś informacje o studentach lub absolwentach tej uczelni. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że jednym z niejako współzałożycieli szkoły był, urodzony w Walderbach k. Ratyzbony, twórca ruchu cecyliańskiego, odnowy muzyki kościelnej, ksiądz Franz Xaver Witt!. Może zatem myśl o odwiedzinach w Bawarii u rodziny nie była aż tak bezsensowna. Aktualnie czekam na publikację na niemieckim portalu genealogicznym drugiej części ksiąg z Bawarii z rejonu Ratyzbony, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o księdzu niż to, że był synem nauczyciela Jana Baptysty i urodził się w 1834r.

Korzystając z Google bardzo szybko znalazłem w odmętach Internetu fragment opracowania dotyczącego szkoły oraz jej absolwentów pochodzących z Europy Wschodniej. Wszystko dzięki Feliksowi Nowowiejskiemu (polski kompozytor późnoromantyczny, dyrygent, pedagog, organista-wirtuoz, organizator życia muzycznego, szambelan papieski. Twórca melodii Roty), który był absolwentem szkoły w Ratyzbonie i sporo o tym pisał. Bez większych oczekiwań zacząłem przeglądać to opracowanie, aż natknąłem się na listę uczniów, którzy ukończyli szkołę, z podziałem na regiony pochodzenia. Jednym z nich była Wielkopolska. I nagle! Franz Witt (Łopienno, archidiecezja gnieźnieńska), kurs nr 26, 1904 r. Ledwo pozbierałem szczękę z podłogi, a tam drugie bum! Maximilian Witt (Obrzyska, archidiecezja poznańska), kurs nr 30, 1910 r. Przecież jeden to mój pradziadek a drugi jego starszy brat!!! Szok! Nie mogłem uwierzyć w to co znalazłem 🙂

Czyli moja hipoteza była o tyle trafna co chybiona, 2x pradziadek Jan wysłał na nauki gry na organach nie córkę ale dwóch synów, a ta córka pojechała dwa razy na wycieczkę, zapewne zabrać braci do domu po zakończeniu nauki (te same lata wyjazdów Marty co roczniki ukończenia uczelni przez braci!)

Trochę nie pasowała mi jedynie miejscowość pochodzenia Maksymiliana na tej liście. Znalazłem niedaleko Poznania, w powiecie szamotulskim Obrzycko, ale do dziś nie znalazłem żadnych informacji co tam robił 23-letni pradziadek, ponad 80km od rodzinnego Łopienna. Są dostępne na SZWA spisy dusz, więc mam co przeszukiwać. W sumie znając już nieco charakter Maksymiliana nie dziwi za bardzo duża mobilność i jego szybka samodzielność. Aby potwierdzić, że ten Maksymilian z Obrzysk (Obrzycka) to mój pradziadek napisałem maila do sekretariatu uczelni. Niestety do dziś nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, mimo że powtórzyłem zapytanie kilka miesięcy później. Taki urok genealogii, czasem nie znajduje się zrozumienia dla swoich poszukiwań, tak na marginesie nawet rodzina nie zawsze jest pomocna 😉

Sądziłem, że ta drobna niepewność już pozostanie, aż pewnego dnia bliski kuzyn, który zajmuje się zbieraniem pamiątek materialnych naszych wspólnych przodków, pomagamy sobie w poszukiwaniach (dzięki Paweł!), napisał mi wiadomość, że znalazł kolejną część zapisków babci Barbary. Był wśród nich biogram pradziadka Maksymiliana, a w nim, prawie na samym początku, informacja, że ukończył Szkołę Muzyki Kościelnej w Ratyzbonie!

W innej części zapisków znalazłem informacje o Janie Witt, jego żonie Marii Schulz, która była katechetką w lokalnej parafii oraz listę ich dzieci! (bez Teresy)

Tyle szukania a tu się okazało, że prawie wszystko o rodzinie Jana Witt babcia wiedziała już dawno temu! Choć drzewa nie zdążyła niestety opracować, pozostały jedynie luźne notatki.

Mimo wszystko satysfakcja pozostała i do dziś ciągle ciężko mi wierzyć, że udało się wytropić braci dzięki jednej skąpej informacji ze spisu ludności.

Babcia Barbara chyba czuwała nade mną i podpowiadała przez ramię, choć za życia raczej nie była zbyt kontaktowa i skora do jakiejkolwiek współpracy. Miała artystyczna duszę i chyba niespełnioną. Ale, ale, o mojej babci kiedy indziej 😉

Pozostał do odnalezienia akt ślubu prapradziadków oraz ich akty urodzenia/chrztu, z nadzieją, że przyniosą informację o ich rodzicach.

Daty i miejsca urodzenia wystarczyło odczytać z listy mieszkańców Łopienna. Przy Janie widniała data 1846 oraz jako miejsce Janowitz Kreis Wongrowitz co szybko udało się rozszyfrować jako Janowiec Wielkopolski Powiat Wągrowiec. Przy Marii widniała data 1847 oraz bardzo nieczytelna nazwa miejscowości, a dalej Kreis Flatow. Powiatem okazał się być Złotów.

unnamed (4)

Dzięki skanom ksiąg metrykalnych z Janowca na SZWA szybko odnalazłem akt urodzenia Jana. Jego rodzicami okazali się być Piotr Witt oraz Michalina Polcyn. Pełna data urodzenia Jana idealnie zgadzała się z danymi ze spisu. Piotr Witt, w końcu ktoś, o kim nie wiedziała babcia Basia a może nawet dziadek Tadzio.

Z Marią nie było już tak łatwo, bo gdzie szukać aktu urodzenia gdy nie zna się miejscowości czy chociażby parafii.

Ileż to razy usiłowałem odczytać nazwę miejsca urodzenia Marii na listach mieszkańców Łopienna. Na każdej z nich była tak niewyraźnie napisana, że nie dało się tego odszyfrować.

Jak już wiadomo z poprzedniej historii o rodzinie Kotlińskich, Kotlarzy/Karczmarzy/Kłaków, nie lubię się poddawać więc i tym razem postanowiłem zadziałać inaczej, skoro mój talent grafologiczny okazał się mizerny.

Na portalu Project Poznań (Projekt indeksowania małżeństw z Wielkopolski dla lat 1800-1899) odnalazłem zaindeksowany akt ślubu Jana Witt i Marii z Schulzów.


Na portalu Project Poznań (Projekt indeksowania małżeństw z Wielkopolski dla lat 1800-1899) odnalazłem zaindeksowany akt ślubu Jana Witt i Marii z Schulzów.

unnamed (6)

Okazało się, że pobrali się w kościele parafialnym w Zakrzewie. Zdziwienia nie było, gdy okazało się, że to także powiat Złotów, jak dla miejsca urodzenia Marii. Niestety nigdzie nie było dostępu do skanu tego aktu (tzn. ja nie wiedziałem jak go zdobyć), gdzie może znajdowałaby się nazwa miejsca urodzenia i byłaby czytelna, a informacje w indeksach są zawsze tylko częściowe i poza nazwą parafii chrztu nie ma tam danych miejsca zamieszkania rodziców. Można było jednak już domniemywać, że skoro powiat powtarzał się w dwóch dokumentach to Zakrzewo mogło być rodzinną parafią Marii Schulz. Nie było to, co prawda, regułą, nawet w XIX w., ale do dziś taka jest tradycja kościoła, że domyślnie ślub powinien odbyć się w parafii panny młodej, jeśli ma być inaczej, potrzebna jest zgoda proboszcza.

Korciło mnie jednak aby odnaleźć dokładną miejscowość urodzenia Marii, nie tylko nazwę parafii. Zacząłem przyglądać się bliżej Mapie Google w okolicy Złotowa i Zakrzewa.

W ten sposób znalazłem nazwę Wissek, która idealnie pasowała, do zapisu przy Marii z jednego ze spisów Łopienna. Polska nazwa to była miejscowość Wysoka. Niestety nie była to parafia Zakrzewo, choć zgadzał się powiat Złotów (Flatow).

Któregoś dnia, mocno już zaangażowany w poszukiwania ksiąg metrykalnych dla Wysokiej, od niechcenia przyglądałem się ponownie Mapie Google, tym razem na wschód od Zakrzewa. Moją uwagę przykuła miejscowość Wersk. Mam pamięć fotograficzną więc nagle litery zaczęły wychodzić z ekranu na wirtualny skan jednego ze spisów dusz z Łopienna, dosłownie, przed oczami zamigała mi w tym spisie nazwa Wersk! Prędko zacząłem przeglądać trzy spisy dusz, które znalazłem wcześniej. Bingo, Nagle Wersk stał się taki oczywisty.

unnamed (5)

Po długich walkach w internecie o poznanie tajników mormońskich zasobów oraz wchodzenia w posiadanie pozornie niedostępnych skanów ksiąg metrykalnych, znalazłem wszystkie najważniejsze dokumenty 2x prababci Marii z Schulzów czy może Szulców, jak też zapisywano to nazwisko, akt urodzenia oraz akt ślubu w parafii Zakrzewo. Dzięki informacjom z SZWA i zleceniu szybkiej kwerendy w Archiwum Państwowym w Poznaniu stałem się też posiadaczem skanu jej aktu zgonu z 1914 r. z Łopienna. Wszystkie informacje w aktach się zgadzały z tymi ze spisów mieszkańców Łopienna, miejscem urodzenia Marii był Wersk. Mimo zapisanej w spisie daty zgonu Jana Witt kwerenda nie przyniosła odnalezienia jego aktu zgonu w Archiwum Państwowym (AP). Zmarł w 1917 r. w trakcie zawieruchy I wojny światowej, widocznie po śmierci żony wyniósł się z Łopienna, może zamieszkał u któregoś z dzieci. Do tej pory nie wiem gdzie zmarł i został pochowany.

Wracając do ojca Jana, Piotra Witt. Od niego zaczęły się już poważne schody, moje “przygody” w poszukiwaniu aktów metrykalnych żony Jana, nawet moje odkrycia zmian nazwisk Karczmarzy/Kotlarzy/Kłaków Kotlińskich okazały się bułką z masłem w porównaniu z problemami z ustaleniem krewnych Piotra, jego rodzeństwa i rodziców.

Poszukiwania, mozolne dochodzenie do faktów zajęło mi dwa lata. Temat wracał i odchodził na bok, zajmowałem się wtedy innymi gałęziami drzewa rodzinnego.

Problem polegał na tym, że nigdzie, przenigdzie, w żadnej okolicznej do Janowca Wielkopolskiego oraz Łopienna parafii, nie mogłem znaleźć aktu urodzenia Piotra ani nikogo z jego pokolenia! Nawet ogarnięcie tematu Mormonów, znalezienie na ich “kultowym” portalu Family Search (FS) w Janowcu Wielkopolskim skanu aktu ślubu Piotra z Michaliną Polcyn niewiele zmieniło, ponieważ nie było w nim podanych rodziców. Jedyna użyteczna informacja to zapis, że Młodzian był młynarczykiem, mieszkał w Janowcu, tak samo jak Panna.

unnamed (6)

Nie oznaczało to jednak, że tam się urodził. Mogło raczej jedynie wskazywać, że Michalina się tam urodziła, (rodzinna parafia?) i może potem w niej zamieszkali (tak się stało, wszystkie ich dzieci się tam urodziły, tam też Piotr zmarł, bardzo młodo, szacunkowo mając nieco ponad 40 lat). Zgodnie z tradycją okazało się, że Michalina, a jakże, urodziła się w Janowcu. Tam też poślubiła drugiego męża (niecałe pół roku po śmierci pierwszego, zaradna kobieta), Franciszka Uznańskiego, z którym wychowywała 12-letniego mojego 2x pradziadka Jana, późniejszego organistę.

Tak na marginesie, znalezienie przodków od strony mojej mamy, z kresów, z wileńszczyzny, z terenów dzisiejszej Białorusi, zajęło mi jeszcze więcej czasu, niż znalezienie rodziców Piotra Witt, 3 lata! Dzięki życiu w ciągłym poczuciu frustracji z braku postępów poszukiwań nabyłem już takiej odporności i determinacji, że mogę podać spokojnie rękę fizykom, którzy przez ostatnie ponad 100 lat co chwilę uważali, że fizyka jest już ukończona, a tu figa z makiem, bo zaraz się okazywało, że ktoś znowu wywrócił wszystko do góry nogami i nic nie było oczywiste. Jak to napisał w swojej książce Kwantechizm 2.0 mój ulubiony fizyk “celebryta”, fotograf i filmowiec, Andrzej Dragan, fizycy w nic nie wierzą, nawet we własne odkrycia, ciągle je negują i szukają nowych wyjaśnień, teorii, eksperymentów obalających teorie, poczucie frustracji i niedowierzania jest ich chlebem powszednim, dlatego bez problemu znajdują zatrudnienie jako analitycy w korporacjach. Może też dam się komuś odkryć, frustracji, depresji nie ma potrzeby leczyć (Żart! Trzeba!), można na tym zarabiać 😉

Zanim nastąpił znaczący postęp w poszukiwaniach, na Project Poznań wyszukałem wszystkie małżeństwa Witt z rejonu Łopienna oraz Janowca z okresu zbliżonego do ślubu Piotra i Michaliny w 1845 r. Trochę się ich znalazło, choć w żadnym indeksie aktu nie pojawiły się dane obojga rodziców. Na kilku była informacja o samym ojcu Pana Młodego – Joannes. Przyjąłem więc roboczą hipotezę, że ojcem Piotra był Jan (czyli mój 2x pradziadek Jan mógłby otrzymać imię po swoim dziadku – kolejna istotna w poszukiwaniach tradycja). Taka hipoteza wisiała sobie, zapisana w moim drzewie, aż do przełomu mormońskiego. Jak łatwo zauważyć, dotąd większość odkryć miała miejsce dzięki indeksacji, czy to na BaSIA czy Project Poznań. I tak to właśnie jest, bez indeksacji poszukiwania mogą zająć dziesięciolecia, i tak się kiedyś szukało 😉

Przełom, w obu przypadkach, poszukiwań Wittów oraz rodziny na Kresach, nastąpił zgodnie z moimi przewidywaniami, gdy Mormoni rzucili w świat zapowiadaną indeksację swoich zasobów mikrofilmów (większej nie ma!). Tadam! Przełomem dla Wielkopolski był rok 2022, przełomem dla Wileńszczyzny był nomen omen przełom 2022/23 r.

Dzięki indeksacji akt nie trzeba mozolnie czytać aktu po akcie w “opasłych” skanach ksiąg metrykalnych. W sumie nie to jest największym problemem. Ciężko szukać w księgach „na piechotę” gdy na dobrą sprawę nie wiadomo kogo i gdzie (w jakiej parafii), a w zapisach pojawia się jeszcze wiele błędów, przekręceń imion, nazwisk itd. Indeksacja (masowa, tak jak u Mormonów dla Wielkopolski) pozwala więc na szybkie przeszukiwanie okolicznych parafii, co przy niezwykłej mobilności moich krewnych okazało się nieocenione.

Bardzo szybko ustaliłem WSZYSTKICH okolicznych Wittów, potencjalne rodzeństwo i kuzynostwo Piotra. Niestety bez aktów urodzenia lub aktów ślubów z zapisem danych o rodzicach ciężko jest ustalić pokrewieństwo znalezionych osób, ale nie oznacza to, że jest to niemożliwe. Potrzeba do tego dwóch rzeczy – indeksów aktów oraz ich skanów ze wszystkimi danymi. Tak się składa, że jedno i drugie jest od niedawna na FS. Jest tylko “mały” szkopuł, żeby nie było za dobrze, indeksy te zawierają potwornie dużo błędów transkrypcyjnych. Jak np. może brzmieć wg indeksującej osoby nazwisko Witt – Wett, a nazwisko Polcyn – Poleyn. Można by rzec autoironicznie – masz z tym jakiś kłopot? 😉

Ciesz się poszukiwaczu z tego co masz i kombinuj!

unnamed (7)

Finał mojego dogłębnego poznania się z indeksami na FS jest taki, że zawsze po wstępnym przeszukaniu parafii pod kątem konkretnego nazwiska, dokładne wyszukiwanie robię po samych  imionach, ponieważ je najłatwiej poprawnie rozczytać indeksującym. Trzeba mieć świadomość, że osoby indeksujące akty znają łacinę, język niemiecki ale prawdopodobnie nie znają polskiego, robią to gdzieś w USA, Meksyku a może nawet jakimś egzotycznym kraju. W przypadku mojego nazwiska akurat nie jest to takie wyraźne, ale już w przypadku rdzennie polskich nazwisk, ich transkrypcje to istne cuda słowotwórstwa! Zwłaszcza nasze zestawy głosek dwuliterowych SZ, CZ, CH potrafią nieźle namieszać, mam wsród przodków nazwisko Brykczyńska, w indeksach pojawia się jako: Brykczyneka, Brefkezeynska, Brykczipeska, Brykwzynka, Brykczyska, Brykczynka!

Jakież to dane ze skanów aktów pozwoliły mi na potwierdzenie rodzeństwa i rodziców Piotra Witt? Świadków!

Po wnikliwej analizie chrzestnych na znalezionych aktach urodzenia/chrztu dzieci, okazało się, że moje typy co do pokrewieństwa znalezionych osób z Piotrem się potwierdziły, wszyscy byli rodziną, trzymali sobie nawzajem dzieci do chrztu, pojawiają się jeszcze krewni małżonków jako chrzestni co dodatkowo precyzuje powiązania.

Lista osób, dla których przyjąłem założenie, że są rodzeństwem, ewentualnie bliskimi kuzynami, z uzasadnieniem w aktach metrykalnych na podstawie świadków (informacje o świadkach widoczne tylko na skanach aktów):

Mój 3x pradziadek Piotr Witt (ur. ok. 1812), żona Michalina Polcyn
  • Akt urodzenia/chrztu, Jan Witt – chrzestni Szczepan/Stefan Witt (brat), Rozalia Hoppe (Chmiel, żona brata Andrzeja Witt)
  • Akt urodzenia/chrztu, Ignacy Witt – chrzestna Marianna Hoppe (Chmiel), krewna żony Andrzeja Witt
  • Akt urodzenia/chrztu, Michał Witt – chrzestni Marianna Witt (siostra) z mężem Marcinem Kant
Marianna Witt (ur. ok. 1802), mąż Marcin Kant
  • Akt urodzenia/chrztu, Julianna Kant, Kwasuty Parafia Kołdrąb 1837 r. – chrzestny Andrzej Witt (brat)
  • Akt urodzenia/chrztu, Józefa Kant, Kwasuty Parafia Kołdrąb 1843 r. – chrzestny Piotr Witt (brat)
Mateusz Witt (ur. ok. 1808), żona Agnieszka Jędrzejewska
  • Akt urodzenia/chrztu, Jan Witt, Kaczkowo Parafia Cerekwica 1840 r. – chrzestny Szczepan/Stefan Witt (brat)
  • Akt urodzenia/chrztu, Józefa Witt, Kaczkowo Parafia Cerekwica 1845 r.- chrzestny Piotr Witt (brat)
Jan Witt (ur. ok. 1812), żona Katarzyna Klatt
  • Akt urodzenia/chrztu, Józefa Witt – chrzestna Marianna Witt (Kant, siostra)
Andrzej Witt (ur. ok. 1816), żona Rozalia Choroszewska
  • Ślub, Parafia Kołdrąb 1842 r. – świadek Piotr Witt (brat)
  • Akt urodzenia/chrztu, Marianna Witt – chrzestny Marcin Kant (szwagier)
  • Akt urodzenia/chrztu, Julianna Witt – chrzestni Krzysztof Witt (brat/kuzyn?), Marianna Witt (Kant, siostra)
Andrzej Witt, druga żona Rozalia Chmiel
  • Akt urodzenia/chrztu, Antonina Witt – chrzestni Marcin Kant (szwagier), Marianna Chmiel (krewna żony)
  • Akt urodzenia/chrztu, Justyna Witt – chrzestni Szczepan/Stefan Witt (brat), Julianna Kant (krewna szwagra)
  • Akt urodzenia/chrztu, Jakub Witt – chrzestny Franciszek Kant (krewny szwagra)
  • Akt urodzenia/chrztu, Rozalia Witt – chrzestny Franciszek Kant
Szczepan/Stefan Witt (ur. ok. 1816), żona  Marianna Napieralska
  • Akt urodzenia/chrztu, Józefa Witt – chrzestni Jan Witt (brat) z żoną Michaliną Polcyn (Witt)
  • Akt urodzenia/chrztu, Józef Witt – chrzestni Franciszek Kant (krewny szwagra), Rozalia Chmiel (Witt, szwagierka)
  • Akt urodzenia/chrztu, Piotr Witt – chrzestny Piotr Witt (brat)
  • Akt urodzenia/chrztu, Andrzej Witt – chrzestny Franciszek Uznański (drugi mąż szwagierki Michaliny Polcyn (Witt)

Tych rodzinnych powiązań było jeszcze więcej, pojawiali się jako chrzestni krewni także z pokolenia rodziców Piotra.

Podsumowując, na tamten moment nie było 100% pewności, że znalezione osoby to rodzeństwo Piotra, była jednak 100% pewność, że osoby te to bardzo bliscy krewni, nawet jeśli nie rodzeństwo to zapewne bliscy kuzyni.

Pozostała do wyjaśnienia kwestia rodziców Piotra Witt

Oto co udało mi się ustalić, najważniejsze były informacje widoczne tylko na skanach aktów:


  • Akt ślubu Marianny Wittówny (ur. ok. 1802) i Marcina Kanta, Parafia Kołdrąb 1826 r., Panna zamieszkała przy rodzicach w Kwasutach
  • Akt ślubu Mateusza Witt (ur. ok. 1808) i Agnieszki Jędrzejewskiej, Parafia Cerekwica 1835 r., ojciec pana młodego Jan Witt z Kwasut
  • Akt zgonu Mateusza Witt, Kaczkowo Parafia Cerekwica 1845 r., ojciec Jan Witt
  • Akt ślubu Jana Witt (ur. ok. 1812) i Katarzyny Klatt, Parafia Lubcz 1840 r., rodzice Pana Młodego Jan Witt i Krystyna (z Kwasut)
  • Akt ślubu Andrzeja Witt (ur. ok. 1816) i Rozalii Choroszewskiej, Parafia Kołdrąb 1842 r., Pan Młody z Kwasut
  • Akt ślubu Andrzeja Witt i Rozalii Chmiel, Parafia Kołdrąb 1849 r., Pan Młody z Kwasut
  • Akt ślubu Szczepana/Stefana Witt (ur. ok. 1816) i Antoniny Napieralskiej, Parafia Cerekwica 1846 r., ojciec pana młodego Jan Witt
  • Akt urodzenia Jakuba Witt, Kwasuty Parafia Kołdrąb 1819 r., rodzice Jan Witt i Krystyna Krygrów Witowa
  • Akt zgonu Jakuba Witt, Kwasuty Parafia Kołdrąb 1820 r., rodzice Jan Witt, Krystyna Krygrów Wittowa
  • Akt zgonu Krystyna Witowa (ur. ok. 1781), Kwasuty Parafia Kołdrąb 1821 r., mąż Jan Witt
  • Akt zgonu Jan Witt (ur. ok. 1776), Kwasuty Parafia Kołdrąb 1860 r., wdowiec

Biorąc pod uwagę wcześniejsze powiązania rodzinne związane ze wzajemnym świadkowaniem oraz informację, że w przypadku czterech braci jest wprost podany ten sam ojciec Jan Witt, a w dwóch przypadkach jest podana także z imienia matka Krystyna, uzyskałem pewność, że znalezione osoby są rodzeństwem i wiadomo konkretnie kim byli rodzice. Dzięki aktowi urodzenia i zgonu najmłodszego, Jakuba Witt, udało się poznać także nazwisko panieńskie matki, Krueger, spolszczone na Krygier. Brak jest w księgach pobliskich parafii zapisów o innym małżeństwie Witt z podobnych roczników (urodzonych ok. 1780 r.), którzy by pasowali do tylu potomków mieszkających bardzo blisko siebie. Nasuwa się pytanie, dlaczego udało się znaleźć tylko jeden akt urodzenia, najmłodszego syna Jana i Krystyny? Przyczyna jest bardzo prozaiczna i przykra dla każdego genealogia, wszystko wskazuje na to, że starsze księgi urodzeń/chrztów z parafii Kołdrąb niż z 1819 r. nie zachowały się, na pewno nie ma ich w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie, gdzie są przechowywane te młodsze, a to jedyne miejsce dokąd przekazywane są archiwalne księgi parafialne, cywilnych ksiąg pisanych w Wielkopolsce na początku XIX w. na podstawie kodeksu Napoleona, nie ma w Archiwach Państwowych.

W dalszych poszukiwaniach informacji o Wittach będę musiał opierać się więc na innych dokumentach niż księgi metrykalne. Aktualnie poszukuję ksiąg sądowych i ziemskich z tego terenu, to jedyne co mi pozostało, ponieważ żadnych spisów mieszkańców parafii Kołdrąb niestety dla okresu przełomu XVIII/XIX w. nie odnalazłem w Archiwach Państwowych.

Rodzinną miejscowością Wittów po osiedleniu stały się Kwasuty (parafia Kołdrąb), wieś położona współcześnie w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie żnińskim, w gminie Janowiec Wielkopolski.

W wielu miejscach w aktach jest mowa o Wittach jako osadnikach, w opracowaniach na temat Kwasut podane są zaś informacje, że wieś ta jak i inne okoliczne były na przełomie XVIII/XIX w. zasiedlane Olędrami, czyli osadnikami z Niderlandów lub Niemiec.

Jak wspomniałem na początku, widzę cień szansy, że starszych przodków znajdę np. w księgach metrykalnych na terenie Niemiec, może w rodzinie księdza muzyka z Bawarii. Niestety nie mając informacji, kiedy moi Wittowie przybyli na ziemie polskie, ciężko będzie znaleźć łącznik dla obu gałęzi. Akcje zasiedlania Olędrami interesującego mnie obszaru na styku Wielkopolski i województwa kujawsko-pomorskiego trwały po okresie wojen szwedzkich przez cały XVIII wiek, zatem jest możliwość, że osadnikami z Niemiec byli rodzice czy nawet dziadkowie Jana i Krystyny. Często zdarzało się przenoszenie rodzin osadnikôw ze wsi do wsi, określenie osadnik jest zatem mało precyzyjne, nie określa w którym pokoleniu rodzina sprowadziła się do danej miejscowości.

Tak może być i w tym przypadku, proboszczem w parafii Kołdrąb był prawdopodobny kuzyn Krystyny, ks. Marcin Krygier, który widnieje w większości aktów metrykalnych, a część z nich napisana jest po polsku. Marcin musiał się zatem wychować na ziemiach polskich lub przynajmniej na nich chodzić do szkoły. Podejrzewam, że rodzina Witt przybyła do Kwasut razem z innymi osadnikami, w tym z rodziną Krygier.

Czy komuś się udało doczytać do końca? Gratulacje, w takim razie macie szansę na sukcesy w badaniach genealogicznych 😀

Jak widać bez determinacji graniczącej z obłędem często nie ma mowy o sukcesach w tej dziedzinie.

Lecę szukać aktu urodzenia Teresy Witt!